Opowiadanie ZNAJDŹ NAJMŁODSZĄ SIOSTRĘ

wróć

Opowiadania o Białołęce powstały w ramach warsztatów prowadzonych przez znakomitą pisarkę i poetkę Justynę Bargielską w ramach projektu Fundacji LITERACKIE KAJAKI.  

Znajdź najmłodszą siostrę”

Była 4.48, właśnie kończyła się noc Kupały. Detektywa Ziębę obudził dziwny dźwięk: jednocześnie ludzki i zwierzęcy. Albo bardziej: ptasi. Wyjrzał za okno, oczywiście o tej porze nie było na zewnątrz ani jednego człowieka, natomiast na pobliskiej lipie siedział szpak. Detektyw przypadkiem wiedział, że szpaków jest ponad sto gatunków, ale ten tutaj wyglądał ewidentnie na gwarka. Dlaczego? Bo mówił. 

Co prawda nie po polsku, nie. Ale detektyw Zięba potrafił odróżnić melodię ptasiego śpiewu od melodii obcego języka. W tym przypadku obstawiał węgierski. Nagrał na komórkę frazę, którą szpak powtarzał bez przerwy i położył się z powrotem spać. 

  To nie węgierski   powiedział znajomy lingwista, do którego detektyw Zięba zadzwonił późnym popołudniem, kiedy, po całym dniu pracy, przypomniał sobie o nietypowym porannym nagraniu.   To ta sama grupa języków, ale to fiński. I on mówi “löytää nuorin sisko”. 

Czyli co dokładnie?

“Znajdź najmłodszą siostrę”. 

Fiński. Detektyw spędził cały dzień na rozwiązywaniu nowej sprawy: o świcie, czyli o 4.48, wędkarz znalazł w kanale żerańskim świeże zwłoki człowieka w mundurze z czasów drugiej wojny światowej. Po konsultacji z historykiem okazało się, że to dość nietypowy mundur, bo fińskiego SS-manna. W pobliżu kręcono akurat jakiś historyczny dramat, więc pierwsze, co przyszło policyjnej ekipie do głowy, to że stracili statystę, ale dramat osadzony był w czasach Jana Kazimierza i właściwie nie był dramatem, tylko melodramatem z akcentem ekologicznym: opowiadał historię lip, którymi król kazał wysadzić swoją rutynową trasę na letnisko w Nieporęcie na żądanie jednej z pań swojego serca, która zapach kwitnących lip uważała za potężny afrodyzjak. “Bez sensu”, pomyślał detektyw Zięba. “Kręcą film o lipach na Płochocińskiej, podczas gdy w kanale znaleziono ostatnio sumołaka.” Pierwszym podejrzanym był oczywiście wędkarz, ale dość prędko okazało się, że nawet jednym ze swoich legendarnych wędkarskich scyzoryków nie dałby rady mężczyźnie w mundurze, który od wędkarza był o trzydzieści centymetrów wyższy i, przynajmniej na oko, o czterdzieści lat młodszy. Wędkarza puszczono do domu, detektyw Zięba udał się natomiast na konsultację do prowadzącego sekcję patologa. 

Nie mamy go w żadnej bazie powiedział patolog. Zwłoki są świeże, zgon nastąpił w okolicach 4.48 dzisiaj rano. Trzeba dać ogłoszenie. Aha, ale zwróć uwagę na ten tautaż. 

Tatuaż na piersi topielca przedstawiał połowę czegoś w rodzaju okrągłego amuletu. Tak jakby ktoś przełamał amulet na pół, połowę rozgrzał do czerwoności i wypalił na jego ciele. Detektyw Zięba zdecydował, że w ogłoszeniach pokażą jednak tylko twarz ofiary. To zresztą wystarczyło. Nie minęła doba, a na policję zgłosiła się prawie stuletnia kobieta. Odesłano ją do domu, bo w twarzy topielca rozpoznała twarz swojego prześladowcy z czasów wojny. “To są świeże zwłoki, proszę pani” - wyjaśnił jej komisarz, jednocześnie dyskretnie pokazując odpowiednim gestem współpracownikom, że kobieta jest w stanie zaawansowanej demencji i nie warto z nią rozmawiać. Staruszka próbowała dyskutować, wspominała też o coś o najmłodszej siostrze, którą topielec miał prześladować najbardziej bezwzględnie i której, gdy pewnego dnia w 1944 zaginęła, nigdy nie odnaleziono, ale nikt nie chciał jej słuchać. Zanim wyproszono ją z komisariatu, zdołała tylko dowiedzieć się od któregoś z niższych stopniem policjantów, nazwiska osoby prowadzącej śledztwo. “Detektyw Zięba”, pomyślała. “Dobrze.”

Tymczasem detektyw Zięba umówił się, po ciężkim dniu, na piwo z przyjacielem. To była dziwna przyjaźń, nikt nigdy nie połączyłby tej dwójki skończonych indywidualistów w parę, a jednak przyjaźnili się od kilkudziesięciu lat: doktor Włodek, kustosz znanego na całą Polskę muzeum Białołęki w legendarnym budynku przy Modlińskiej 257, był ulubionym rozmówcą detektywa Zięby: nie tylko znał się na wszystkim, co detektywa Ziębę interesowało, ale też potrafił opowiadać o tym w sposób zupełnie nie charakterystyczny dla muzealnych kustoszy, czyli po prostu ciekawie. 

Mam taką dziwną sprawę pożalił się Zięba nad kolejnym piwem. Zupełnie nie wiem, jak to ugryźć. 

I opowiedział o świeżych zwłokach w historycznym mundurze, a także o dziwnym tatuażu, którego zdjęcie miał zresztą w telefonie i od razu pokazał. Na pewno jednak nie oczekiwał, że doktor Włodek każe mu natychmiast wstać od stołu i prawie że przebiec do pobliskiego muzeum. Doktor Włodek stworzył to muzeum praktycznie własnymi rękami od podstaw i dzięki temu mógł teraz, tak po prostu, prawie w nocy, otworzyć wszystkie drzwi nie włączając żadnych alarmów, przejść przez główną wystawę do pilnie strzeżonego magazynu, gdzie w jednej z zamykanych na cyfrowy zamek skrytek leżała miedziana połowa amuletu, którego druga połowa najwyraźniej wypalona była na ciele topielca z kanału żerańskiego. Obie składały się w kompletną, choć nie do końca zrozumiałą całość.  

Co to za język? spytał detektyw Zięba, ale w sumie już się domyślał. 

Wygląda na fiński odpowiedział doktor Włodek. 

Znajomy lingwista detektywa Zięby zapytał, czy dostanie jakieś honorarium za konsultację. 

Nie dostaniesz pozbawił go złudzeń detektyw. Jesteśmy jednostką budżetową, nie sponsoruje nas Elon Musk. Po prostu powiedz mi, co jest napisane na obu połówkach tego amuletu i ciesz się świadomością, że przysłużyłeś się prawu i sprawiedliwości. 

Godzinę później wyposażona w najnowocześniejszy sprzęt i psy tropiące policyjna ekipa poszukiwawcza przekopywała teren wokół tajemniczego krzyża, który pojawił się na brzegu kanału nikt nie pamiętał kiedy, ale już bardzo dawno temu, a na którym nikt nigdy nie wiedział kto, ale zawsze ktoś zawieszał a to małe maskotki, a to kwiatki, a to choćby wstążeczki. Drobne, prawdopodobnie dziewczęce kości, które pod krzyżem znaleziono, od razu wysłano do analizy, która miała trwać długie tygodnie. Natomiast jeszcze tej nocy zwłoki topielca w mundurze fińskiego SSmanna miały wprawić w niemałe zdumienie dyżurujących w prosektorium patologów: w ciągu kilku godzin uległy rozkładowi w takim stopniu, że już następnego dnia rano czas zgonu szacowano nie na czwartą czterdzieści osiem poprzedniej doby, ale na lipiec roku tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego. Detektyw Zięba zupełnie nie wiedział, co o tym myśleć, ale sprawę zamknięto jako przedawnioną, więc nie myślał. Jeszcze tylko kilka dni później zgłosiła się do niego dziewięćdziesięcioletnia staruszka: usłyszał z korytarza odgłosy kłótni, najwyraźniej ktoś próbował nie wpuścić jej do jego gabinetu, więc wyszedł na zewnątrz. Stała tam z bukiecikiem grążeli, jakby nie wiedziała, że są pod całkowitą ochroną. 

A więc znalazł pan moją siostrę? powiedziała podając mu kwiaty. Dziękuję.