Opowiadanie SUMOŁAK

wróć

Opowiadania o Białołęce powstały w ramach warsztatów online prowadzonych przez znakomitą pisarkę i poetkę Justynę Bargielską w ramach projektu Fundacji AVE KLEKS W SIECI. 

Dofinansowano  ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Kultura w sieci.

Miłej lektury!!!

SUMOŁAK

- Nigdy z nimi nie wygramy – powiedziała Małgorzata, kiedy po raz nie wiadomo który przybiły do brzegu kanału jako drugie. - Krystyna jest po prostu nieziemsko dobra. Zawsze była świetna, a ostatnio jest w ogóle nie do pokonania.

Wyciągnęły kajak na brzeg i zrezygnowane usiadły w cieniu rozłożystej lipy.

- Nie było tu kiedyś tabliczki “pomnik przyrody”? - spytała Marta. - To nie jest jedna z tych lip, które sadził Jan Kazimierz, żeby mieć przyjemną drogę na działkę?

- Na jaką znowuż działkę? - spytała Małgorzata, kompletnie przybita kolejną przegraną. Zbliżały się ważne międzynarodowe zawody, wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazywały, że eliminacje do nich wygra dwójka Krystyny. Małgorzata, najstarsza z całego zespołu, wiedziała, że dla niej to będzie początek końca kajakarskiej kariery. 

- W Nieporęcie. Miał działkę w Nieporęcie, takie letnisko i coś gdzieś czytałam, że sobie drogę kazał wysadzić lipami, żeby ładnie pachniało, jak będzie tam latem jeździł. Lato, letnisko, rozumiesz - wyjaśniła Marta. Była młodsza, nie czuła aż takiego napięcia, ale oczywiście chętnie dla odmiany by powygrywała. 

- Przecież nie pływał na tę działkiem kanałem żerańskim - żachnęła się Małgorzata. - Płochocińską jeździł. Marta, my musimy coś zrobić. 

- Trenujemy jak szalone, co jeszcze możemy zrobić?

Małgorzata spojrzała na Martę: “najwyżej obrócę to w żart” - pomyślała. “Ona wszystko łyknie”.

- Zabijmy ją - powiedziała. 

 

Detektyw Zięba, a właściwie były detektyw Zięba, obudził się tego lipcowego dnia równo ze wschodem słońca, czyli dość wcześnie, wziąwszy pod uwagę, że poprzedniego dnia długo przeglądał stare albumy swojej, od dawna nieistniejącej, rodziny. To byłyby trzydzieste urodziny jego syna. Czteroletni chłopczyk na ostatnich zachowanych zdjęciach wyglądał zupełnie jak detektyw Zięba w dzieciństwie. Kilka tygodni później Artur po prostu zniknął: byli akurat we trójkę na pikniku nad kanałem, korzystali z ostatnich dni upałów. Detektyw Zięba zachował w pamięci widok jasnowłosego czterolatka, nabierającego z kanału wiaderkiem wodę, która miała wypełnić naprędce wykopany basenik dla jakiegoś ślimaka czy innego wodnego stwora, którego Artur chwilę wcześniej złapał. Detektyw Zięba odwrócił się do leżącej obok niego na kocu w kratkę żony:

-- Ależ mamy szczęście, prawda? - powiedział. - On jest takim niekłopotliwym dzieckiem. - Detektyw Zięba powiedział to w najgorszym możliwym momencie, bo dokładnie od tej chwili Artur miał sprawiać już tylko kłopoty: począwszy od momentu, kiedy, spojrzawszy w jego stronę, zorientowali się, że go tam nie było, poprzez kolejne godziny, tygodnie a nawet lata bezowocnych poszukiwań, wspomnienie Artura wywoływało już tylko ból. Żona detektywa Zięby postanowiła sobie radzić z nim sama, odeszła kilka lat po zniknięciu dziecka. 

 

W dniu, w którym Artur osiągnąłby pełnoletność, detektyw Zięba podczas corocznej urodzinowej wycieczki nad kanał, mijając pobliską wieżę górującą nad nieczynną fabryką produkującą styropian, zobaczył ogłoszenie: w wieży było niewielkie, ale kompletnie wyposażone mieszkanie, które właściciel chciał wynająć w zamian za przypilnowanie pozostałości fabryki. Detektyw Zięba uznał, że to dobry moment, żeby przestać  być detektywem i przejść na emeryturę: nie odnalazłszy własnego syna, zupełnie zwątpił w sens swojej pracy. Zamieszkał w wieży i choć każdy dzień zaczynał od obchodu nieczynnej fabryki, resztę dnia poświęcał na przyglądanie się, jak w kolejnych latach zmienia się miejsce, w którym po raz ostatni widział swojego syna. Początkowo nie było w tych obserwacjach niczego nadzwyczajnego. Ostatnio jednak wydarzyło się coś, co nieco wyprowadziło detektywa Ziębę z równowagi. 

- Słyszałaś? - Marta zadzwoniła do Małgorzaty grubo po północy. - Krystyna nie żyje. 

Małgorzata, obudzona z pierwszego snu, zupełnie nie kontaktowała. 

- Jak to nie żyje? - spytała. - Przecież nic nie zrobiłyśmy?

- Najwyraźniej ktoś zrobił to za nas - powiedziała Marta. - Dzwonił jej chłopak, znaleziono jej zwłoki na brzegu kanału, tak, gdzie wodowałyśmy kajaki. Policja na razie nie ma żadnych pomysłów, co się stało: naturalnym podejrzanym byłby jakiś agresywny wędkarz, ale Krystyna nie ma żadnych typowych ran, jakie zadają wędkarze, natomiast jest jakby… - Marta zawiesiła głos. 

- Jakby co? - Małgorzata już się całkiem obudziła i błyskawicznie ogarnęła ją groza. 

- Jakby nadjedzona. Przez jakieś spore zwierzę. 

Detektyw Zięba rzadko przyjmował w swojej wieży gości, ale tym razem to nie byli do końca goście: dwóch jego dawnych detektywów z pracy przyszło wypytać go o wydarzenia ostatniej nocy. Niedaleko znaleziono zwłoki wybitnej kajakarki w stanie dość nietypowym jak na zazwyczaj znajdowane w kanale zwłoki. Koledzy przyszli spytać, czy Zięba nie zauważył ostatnimi czasy czegoś dziwnego w okolicy, czegoś, o czym warto by opowiedzieć akurat im, detektywom, którzy prowadzą śledztwo w sprawie zwłok, które, jakby to powiedzieć, wyglądały na nadjedzone przez jakieś spore zwierzę. Zięba mógłby im długo opowiadać o dziwnych rzeczach, którym miał okazję się ostatnio przyglądać, szkopuł w tym, że nie chciał, bo sam nie do końca rozumiał, co rzeczywiście widział. A widział coś naprawdę dziwnego. Kilka lat temu poprosił znajomego policyjnego grafika, żeby na podstawie zdjęcia Artura z dzieciństwa przygotował mu wizualizacje tego, jak chłopiec mógłby wyglądać w wieku dziesięciu, osiemnastu i trzydziestu lat. Nie, żeby sądził, że jeszcze kiedykolwiek go odnajdzie, nie. Grafik wydrukował trzy portrety, które teraz wisiały u detektywa Zięby w wieży. Ostatnie zdjęcie, to, na którym Artur był dorosły, przypominało detektywowi Ziębie widok, który ze wszystkich sił pragnął zapomnieć. 

Artur właściwie nie pamiętał, że tak miał na imię, zresztą w życiu, jakie od dawna prowadził, nie używało się imion. Pływał w kanale żerańskim już tak długo, że zupełnie zapomniał, jak to jest być człowiekiem. Rodziców też nie pamiętał: czasem wydawało mu się, że widuje kogoś podobnego do jego ojca przepływając obok wieży, przy której piknikowali we trójkę tego dnia, kiedy tamten potężny sum chwycił go zębami za nogę, rozpoczynając tym jego przemianę w sumołaka. Zaledwie kilka chwil od ugryzienia zorientował się, że nie jest w stanie oddychać powietrzem, nowo powstały instynkt kazał mu zanurzyć się pod wodę, gdzie wreszcie przestał się dusić, tymczasem przemiana, jaka nastąpiła w jego ciele, znacząco utrudniała wyjście na brzeg. Zagubiony i przerażony popłynął, wbrew rozsądkowi, za tym, kto go ukąsił. Przez kolejne dwadzieścia lat wiódł życie potężnej mięsożernej słodkowodnej ryby, powoli zapominając wszystkie wydarzenia, których wspomnienie sprawiało mu ból, aż do ostatniego wieczora, kiedy poczuł, że mięso drobnych kanałowych żyjątek mu nie wystarczy.

Detektyw Zięba przysiągłby - ale nikomu by się do tego nie przyznał - że przez ostatnich kilka dni, tuż pod powierzchnią wody przy brzegu w okolicach jego wieży, widział ogromnego, na pewno dwukrotnie większego niż większość przedstawicieli tego gatunku, suma. Jego rozmiary nie byłyby jednak aż tak przerażające, gdyby nie wrażenie, jakie odnosił detektyw Zięba, że zamiast rybiej paszczy stwór miał twarz Artura z ostatniego chronologicznie zrobionego przez znajomego policjanta portretu. Detektyw Zięba nie stronił, jak to mają w zwyczaju ludzie zrozpaczeni, od środków zmieniających świadomość, ale jednak zdarzało mu się być trzeźwym i właśnie w tym trzeźwym momencie zobaczył w wodzie sumopodobne stworzenie, które nie tylko miało twarz jego zaginionego syna, ale też potężnym jęzorem zlizywało sobie krew z twarzy. To, że następnego dnia znaleziono nadjedzone zwłoki kajakarki, nie mogło być przypadkiem. 

- Krystyna była w ciąży - Marta zadzwoniła do Małgorzaty. - Te jej ostatnie wyniki mogły się z tego wziąć. Organizm kobiety w ciąży jest jakby na naturalnym dopingu. Zawodniczki w NRD specjalnie zachodziły w ciążę na czas zawodów, oglądałam taki program na jakimś historycznym kanale. 

“Chciałyśmy zabić kobietę w ciąży”, pomyślała Małgorzata. 

- Kończę z kajakami - powiedziała. - Mam dość. To krwawy sport. 

Artur nie wiedział, dlaczego akurat ta samotna, późnym letnim wieczorem wyciągająca z wody kajak dziewczyna musiała być jego pierwszą ofiarą, ale wiedział, że pachnie - i zapewne będzie smakować - zupełnie inaczej niż wszystko, co jadł do tej pory. Nie wiedział, że to hormony ciążowe sprawiły, że Krystyna była dla niego idealną ofiarą, ale nawet gdyby wiedział, w jego świecie nie obowiązywała ochrona ciężarnych samic: żył de facto pomiędzy światami, nie dotyczyły go ani prawa wiążące ludzi, ani prawa przyrody. Kiedy detektyw Zięba myślał o tym, co się wydarzyło, rozumiał, że nie może winić syna. A jednak jego dusza byłego policjanta domagała się sprawiedliwości i zadośćuczynienia: kompletnie jednak nie widział sposobu, w jaki można by było osądzić i ukarać sprawcę tego krwawego mordu. 

Koledzy detektywa Zięby już dawno uznali, że nie można mu wierzyć. Dawali mu kredyt zaufania przez dłuższy czas, kiedy zaginął jego syn i detektyw we wszystkich sprawach, które mu przydzielano, widział okazję do odnalezienia go - wszystko mu się z nim w jakiś przedziwny, zazwyczaj niekorzystny dla tej konkretnej sprawy, łączyło i potem zazwyczaj trzeba było odbierać mu tę sprawę, co tylko pogrążało go w osobistej rozpaczy. Związani poczuciem winy, dzwonili do niego dość często również już po tym, jak odszedł z czynnej służby, dlatego teraz, tuż przed letnim świtem kolejnego dnia śledztwa nie mieli problemu z namierzeniem go. Stał na brzegu kanału żerańskiego, niedaleko od miejsca, w którym znaleziono nadjedzone zwłoki kajakarki, i mówił coś, a właściwie perorował w kierunku wody, która o tej porze doby była jednolicie ciemna. Nagle jednak z jednolitej ciemności wyłoniła się jakaś przedziwna istota, o ludzkiej twarzy i głowie, i częściowo ludzkim a częściowo rybim korpusie. 

Wszystko działo się bardzo szybko, ale detektywi zdążyli wyciągnąć broń, gotowi odstrzelić stworowi przerażająco ludzko wyglądającą głowę. Najwyraźniej jednak Zięba pierwszy zorientował się, co się święci: zasłonił stwora własnym ciałem. Detektywi zdębieli.

- Wiesz, że na wodzie nie obowiązują lądowe prawa, tato? - powiedział sumołak do ojca, z którym właśnie toczył walkę. Detektyw Zięba postanowił, wbrew wszystkiemu, co racjonalne, że jego syn odpowie za zabójstwo kajakarki. Nie miał pojęcia, w jaki sposób miałby go postawić przed obliczem sądu, ale był bardzo zdeterminowany. Słowa syna uświadomiły mu, w jak innym, innymi prawami się rządzącym świecie żył przez ostatnie niemal trzydzieści lat. “Nie postawią go przed sądem - przemknęło mu przez myśl. - Zamkną go w laboratorium i pokroją. Co robić? Co mam teraz zrobić?” - wpadł w panikę. Wydawało się jednak, że Artur ma rozwiązanie. Zanim detektyw Zięba zdążył się zorientować, Artur wpił się zębami w ramię ojca. Przemiana zaczęła się natychmiast. 

“Może tak miało być” - pomyślał detektyw Zięba, kątem oka dostrzegając, jak jego osłupiali koledzy po fachu opuszczają bezradnie pistolety. - “Może wreszcie odzyskałem syna. Może to początek mojego nowe życia”. I obaj z Arturem zanurzyli się w ciemnych wodach kanału żerańskiego, najbardziej tajemniczego z warszawskich akwenów, głębi, w której żyją stworzenia, o których się ludziom nawet nie śniło.