Opowiadanie 6H

wróć

Opowiadania o Białołęce powstały w ramach warsztatów prowadzonych przez znakomitą pisarkę i poetkę Justynę Bargielską w ramach projektu Fundacji LITERACKIE KAJAKI.  

6H

Wszystko zaczęło się tak kompletnie z niczego: za centrum handlowym na Marywilskiej jakiś facet spadł z roweru, ale tak nieszczęśliwie, że walnął się głową w krawężnik. Od razu zebraliśmy się wokół niego, my, to znaczy ja, jakieś starsze małżeństwo z wnukiem, mieszana grupa młodych ludzi, z tym że chyba to były zasadniczo dwie pary, ale zachowywali się tak, jakby nie było do końca postanowione, kto jest parą z kim i jeszcze jakaś laska pod czterdziestkę z córką. Facet pozbierał się błyskawicznie, bo miał kask, ale ponieważ nagle zaczął padać ulewny deszcz, wciągnęliśmy go pod dach opuszczonej fabryki, których w tym rejonie jest pełno. Usiedliśmy, czekając, że przestanie lać i będziemy się mogli rozejść do swoich spraw, gdy nagle odezwała się córka tej atrakcyjnej czterdziestolatki:

– Patrzcie – powiedziała. – Co się dzieje. 

 Owszem, ona nawet nie spytała, co się dzieje. Wyglądało to tak, jakby wszystko, co znajdowało się poza dachem, pod którym się chowaliśmy, zamieniało się w pył pod wpływem deszczu, który na to padał. Rowerzysta, którego ratowaliśmy, nie był chyba jeszcze do końca przytomny, więc wystawił na deszcz rękę. Zniknęła w sekundę, po prostu ją roztopiło. Czterdziestolatka zareagowała instynktownie, zaczęła dmuchać na kikut i mówić, że zaraz przestanie boleć. Rowerzysta stopniowo uspokajał się, a może tylko tak nam się wydawało, może po prostu pogłębiał się szok, w który wprowadziła go utrata dłoni. 

– Mamy apteczkę – powiedziała żona ze starszego małżeństwa. – Opatrzymy to. 

Opatrzyła to. Deszcz padał przez następnych kilka godzin, więc postanowiliśmy się nie ruszać, dopóki nie przestanie. Pewnie, że próbowaliśmy zadzwonić do bliskich, ale czy kogoś dziwi, że telefony nie działały?

Deszcz przestał padać następnego dnia około południa. 

– Nie możemy tu tak siedzieć – powiedziała atrakcyjna czterdziestolatka, a jej córka przytaknęła bez przekonania. – Musimy zobaczyć, co się stało. 

Zakładam, że wszyscy wiecie, co się stało. To po prostu była ta apokalipsa, na którą wszyscy czekali: nawet ci, którzy się do tego nie przyznawali, wiedzieli, że koniec świata takiego, jakim go znaliśmy, jest bliżej niż dalej. Nie sądziliśmy co prawda, że koniec świata odbędzie się za pomocą niszczycielskiego deszczu, ten motyw był tak strasznie cliche, oglądaliśmy podobne seriale na netfliksie, czytaliśmy o tym książki, no ale tak właśnie się stało. Potem, kiedy sto lat później historycy badali zapaść, jaka spotkała ludzkość w roku 2020, okazało się, że znaczącą rolę w zagładzie odegrała też sieć 6H, ale w chwili, o której opowiadam, ta informacja nie jest nam do niczego potrzebna. Po prostu wiedzieliśmy, że musimy iść do przodu znajdując jedzenie i unikając opadów, to wszystko. 

Oczywiście zaraz pierwszego dnia, ratując spod delikatnej popołudniowej mżawki wnuczka, zginął nam senior grupy. Wdowa była niepocieszona, nawet konieczność opieki nad małym nie sprawiła, żeby wykrzesała z siebie wolę przeżycia. Gówniarz kręcił się od tej pory pomiędzy dwiema parami z grupy rówieśniczej, nie mogąc sobie chyba wybrać ostatecznie, którą z nich będzie traktował jako zastępczych rodziców. 

Nie mieliśmy kompletnie żadnego planu. Zorientowaliśmy się, oczywiście, że świat, jakim go znaliśmy, przestał istnieć, ale pamiętając, gdzie jesteśmy – na zielonej Białołęce, w okolicach Dwóch Wież – nie bardzo mieliśmy pomysł, dokąd iść, żeby zagwarantować sobie przeżycie. Deszcz, który był transmiterem promieniowania 6H, mógł spaść w każdej chwili, a zabijał błyskawicznie. 

Mieliśmy przed nim teoretycznie ochronę: ukrywając się pod dachem opuszczonej fabryki, znaleźliśmy kilka paczek styropianu. Najpierw używaliśmy go do spania, potem wpadliśmy na pomysł, żeby zabrać go jako ochronę przed śmiercionośnym deszczem. I teraz wędrowaliśmy przez Białołękę niosąc każdy z nas swój prostokąt styropianu jako jedyną w miarę pewną – choć nie wieczną – ochronę. To musiał być śmieszny widok. 

Poruszaliśmy się bardzo powoli, obierając kanał jako punkt orientacyjny: chcieliśmy dojść do którejś z podmiejskich gmin leżących na jego trasie, może do Nieporętu? Nie wiadomo skąd przyszło nam do głowy, że może apokalipsa 6H objęła tylko Warszawę, że tej mniej ważne miejscowości aglomeracji są bezpieczne. To nie było bardzo mądre, ale dawało nam nadzieję. Któregoś dnia córka atrakcyjnej czterdziestolatki znalazła dryfujący przy brzegu kanału lśniący klucz. Wyciągnęła go i przyniosła do grupy. Trzymała go, pokazując go nam ze wszystkich stron i nagle wydała nam się jakaś lepsza, jakaś mądrzejsza i ładniejsza niż dotąd. Patrzyliśmy na nią po części z podziwem, a po części z pożądaniem: wydawało nam się, że fakt, że ma ten klucz, zwiększa jej szanse na przeżycie sytuacji, w której się wszyscy znaleźliśmy. Potem jeszcze inni zaczęli znajdować klucze. Mnie się to nigdy nie przydarzyło. 

Jasne, że klucze, które sprawiały, że na ich właścicieli patrzyliśmy jak na lepszych od siebie, musiały zwrócić uwagę złych ludzi, których po apokalipsie namnożyło się wokół kanału masę. Któregoś dnia padliśmy ofiarą regularnego najazdu ze strony podstępnej grupy dawnych ratowników: próbowali odebrać członkom naszej społeczności klucze, które ci zdobyli w absolutnie pokojowy sposób. Zgarnęli jeden: córka atrakcyjnej czterdziestolatki była zbyt ciekawa, co się wydarzy po  przejęciu klucza przez ratowników, żeby go jakoś przesadnie bronić. Ratownik, który go ukradł, dosłownie na naszych oczach zmienił się z żądnego przemocy łobuza w chłopaka, który najchętniej cały wolny czas spędzałby na przeprowadzaniu staruszek przez jezdnię. Co nas jednak zdziwiło, to fakt, że kilku jego przyjaciół od razu rzuciło się mu ten klucz odebrać - oddał go bez walki, co się stało potem, temu już żeśmy się nie przyglądali. 

Najważniejsze, że zrozumieliśmy, że klucze są ważne. W naszej wędrówce wzdłuż kanału, przerywanej ciągłymi opadami deszczu skażonego 6H, znajdowaliśmy ich coraz więcej. To stało się jakimś rodzajem gry: już nikt nie próbował nam ich odebrać, ale ten, kto miał ich najwięcej, automatycznie trafiał na wyższe miejsce w rankingu osób w naszej grupie popularnych. Według ostatnich podsumowań potentatami w kwestii tajemniczych kluczy była jedna z młodych par oraz wdowa po seniorze, który na początku apokalipsy uratował wnuka. Następnego dnia po tym, jak zrobiliśmy to podsumowanie, z obozu zniknęła para, wdowa i, nie wiedzieć czemu, ja. Ja nigdy nie zbierałem kluczy. 

Resztę historii znam z relacji tamtej pary, którą spotkałem wiele, wiele lat później: tamtego dnia zupełnie znienacka zabrano ich na jakiś tłumny festyn. Kwiaty, gołębie, balony, fajerwerki. Ludzie wiwatowali na ich widok, gdy grupa ciemno ubranych mężczyzn wręczała im klucz, wielokrotnie większy niż klucze, które zbieraliśmy po drodze. “To klucz do nowego świata” - powiedział najbardziej elegancko ubrany z mężczyzn. - “Wygraliście. Jesteście wspaniali. Idźcie tworzyć ten nowy świat”. Tłum po prostu oszalał. 

Dokładnie w tym samym czasie myśmy z wdową po bohaterskim seniorze trafili do obskurnego pokoju przesłuchań. Rozlanej na stole kawy nie sprzątnął nikt od dawna, nasi rozmówcy wyglądali, jakby ostatnio się myli i golili na początku apokalipsy. 

– Wygraliście – powiedział najbardziej niechlujny z nich. – Róbcie co chcecie. 

Podał nam normalnych rozmiarów klucz, a potem wskazał obskurne drzwi. 

Wyszliśmy. 

Świat wyglądał zwyczajnie. 

Nie moglibyśmy być bardziej szczęśliwi.